wtorek, 16 sierpnia 2016

10. Niemożliwe.


Nie minęło wiele dni, a za chwilę miałam stanąć na Placu Sprawiedliwości jako trybut. Zdziwił mnie fakt, że Strażnicy Pokoju, którzy byli pod dowództwem  przez prezydenta Alexa  traktowali mnie łagodnie. Od momentu gdy tu trafiłam nie byłam ani razu torturowana, ani razu uderzona czy to w twarz czy to w policzek. Zawsze dostawałam jeść i pić o tej samej godzinie. Sądzę, że to na pewno nie jest z uprzejmości lecz …..No nie wiem. Próba zabicia mnie?

Właśnie wychodzimy z mojego tymczasowego „pokoju”. Jestem ubrana w żółty kombinezon, a swoje grube i długie, czarne włosy mam zapięte w kok. Gdy chodzę po podłodze kafelki lśnią niczym diament. Nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego. W dwunastym dystrykcie podłogi  raczej robiono z gliny lub z przybijanych do gruntu desek.

-Panno Everdeen.-Przemawia do mnie nieznana mi kobieta o  rudych włosach sięgających do ramion i wskazuje mi czarny fotel.-Proszę usiąść.-Kontynuuje.  Kładę się na długim, fotelu, który jest podobny jak kozetka w szpitalu.  Kobieta zdejmuje mi spinkę do włosów i przeczesuje mi je.

-Mam na imię Lajla.-Mówi.-Od dziś będę twoją mentorką aż do końca igrzysk.

-A Effie?-Przypominam nagle sobie o niej.  Dokładnie i wyraźnie przypomina mi się jej różowa peruka. Jej jaskraworóżowy makijaż i ten słodki głosik dziecka.

-Co Effie?-Pyta moja mentorka.

-Czy to nie ona będzie wybierać trybutów w moim dystrykcie?-Pytam, a ona przewraca oczami.

- Zapomnij o niej.-Mówi- I skup się na najbliższych dniach. Musisz wygrać tak jak wtedy, z nim.

Z nim? Czy ona ma na myśli Peetę.  I czemu mam wrażenie, że może byś po mojej stronie? A może to sekret planów Alexa aby wydobyć wszelkie informacje. Bardzo ciekawa sugestia….. Mentorka kończy moją fryzurę. Mo Włosy zostawia rozpuszczone i zabiera się powoli za makijaż. Jest on bardzo mocny. Nawet ja nie wiem ile mi nałożyła tych warstw. Potem zaczyna robić porządek z moimi paznokciami i….Gotowe.  Myślałam, że to koniec na dziś ale nie wiedziałam, że ma jeszcze jedną niespodziankę. Podchodzi do brązowej skrzyni i wyciąga białą suknię. Przypomina mi projekt Cinny w trakcie Ćwierczwiecza Poskromienia. Ale brakuje jej kilka dodatków. Suknia jest cała biała bez żadnych elementów. Mentorka każe mi ją założyć.

………………………………………………………………….

Na zewnątrz jest upalnie i gorąco tak, że się cała pocę. Właśnie podchodzę do Placu Sprawiedliwości w Kapitolu gdzie czeka na nas poduszkowiec. Szczerze mówiąc te maszyny są o wiele większe niż te z Trzynastego Dystryktu i zawsze mnie przerażały. Wchodzę na klapę poduszkowca, a dwóch ochroniarzy chwyta mnie za ramiona i zawiązuje je mocnym sznurem. Następnie prowadzą mnie do głównego korytarza gdzie czeka on. Prezydent Alex podchodzi do mnie i zaczyna patrzyć się mi w oczy.

-No i co tu z tobą zrobić?-Pyta się.

-Może mnie zabij?-Mówię, a na te słowa prezydent prostuje się. Jego twarz przeszywa mnie o dreszcze. Jest chłodna i obłudna. Cały czas czuję jakbym miała przed sobą stojącego prezydenta Snowa.

-Jeszcze nie teraz.-Odpowiada.-Wy!-Zwraca się do swoich ochroniarzy.-Zaprowadźcie ją do jej komory!

Czuję jak ochroniarze szarpią się ze mną. Próbuje się uwolnić ale nic to nie daje. Jeden  z ochroniarzy  wręcz wpycha mnie do komory i zamyka kraty. Miluśki.  No cóż, nie każdy jest po twojej stronie, a już na pewno nie Strażnicy Pokoju.  W pomieszczeniu panuje chłód. Wszystkie ściany są białe, więc pewnie dlatego pokój wydaje mi się taki jasny. Po prawej stronie leży  barak, a na niej poszarpany, siwy koc. Obok niego mała, biała umywalka z kranem, a naprzeciwko toaleta. Czułam się tak jakbym była w prawdziwym więzieniu. Chociaż z drugiej strony mogłam trafić gdzieś gdzie warunki były by jeszcze gorsze od tych. W prawym rogu ściany zauważyłam kamerę. Była ona tak biała, że aż lśniła.

-Nie to nie możliwe.-Powiedziałam sama do siebie i położyłam się na baraku. Był tak twardy jak drewno. Powoli zamykałam oczy.  Śni mi się, że wiruję w obłokach lecz zamiast nich widzę białe, kłębiaste chmury. Nagle zauważam na nich trzy postacie. Jedna  blondwłosa dziewczynka uśmiecha się. Ma na sobie białą sukienkę, a na niej lśnią skrzydła.

-Katniss.-Staje na de mną.-Grozi ci niebezpieczeństwo.- Mówi, a ja nie wieżę w to co  powiedziała.

-Katniss – Słyszę kolejny głos i staję jakbym była sparaliżowana. Jak to możliwe, żeby to był on. Peeta stoi  obok Prim jakby był cały i zdrowy.- Musisz uciekać. Nie możesz wziąć udziału w Igrzyskach.

Patrzę na niego. Chciałabym znów dotknąć jego ust. Chciałabym znów wtulić się w jego ramiona.

-Katniss.-Znów słyszę.-Uciekaj-Mówi Prim

                                                                       ……………………………………………

Wybudzam się gwałtownie. Co to miało  być?-Myślę.  Miałam przed chwilą wrażenie jakby moja siostra i Peeta pojawili się tak nagle. Podeszłam do umywalki i przemyłam twarz. Następnie otworzyłam białą jak śnieg szafę i wyjęłam z niej bardzo jasny kombinezon z nadrukiem KAPITOL. Włożyłam go na siebie i nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Chciałam już otworzyć ale zauważyłam, że intruz nie chciał czekać.
-Panno Everdeen, już czas.- Powiedział.
                                                                          ....................................................
Hejka! I jak wam się podoba nowy szablon? Bo mi bardzo :) Niedługo zakończymy pierwszy tom tej opowieści i zaczniemy drugi, ale spokojnie. Do tego jeszcze czas. Nie mówię też, że porzucam bloga! O nie! Taka to ja nie jestem i nie zemną te numery. Do zobaczenia!

 
 
                                                                                       
          

                                                               

środa, 10 sierpnia 2016

9.W sidłach wroga.


Nic nie pamiętałam co się działo po tym jak zostałam otumaniona. Moje powieki powoli się otwierały. W otoczeniu, w którym się znajdowałam był tylko mrok, ciemność. Moje oczy powoli się przyzwyczajały  do ciemności.  Co się stało?-Pomyślałam.  Nagle poczułam impulsywny ból  w prawym rogu głowy. Bolało potwornie, tak jakbym dostała  mocno cegłą.  Wymasowałam sobie okolicę gdzie poczułam ból ale  nie do końca przyniosło mi to ukojenie.

-Witam, panno Everdeen.

Nic nie zobaczyłam w mroku. Myślałam, że jakoś uda mi się dostrzec jego cień. Na próżno. Udało mi się tylko rozpoznać jego głos.

-Czego chcesz ?! Wypuść mnie !-Zaczęłam się wydzierać ale dostałam ostrzeżenie gdyż nagle poczułam ból w prawej kostce . Zostałam powalona na podłogę, a na skalnym suficie zaczęły się zapalać niebieskie światła.  Myślałam, że oślepnę.

-To chyba oczywiste.-Odrzekł znowu głos.-Chcę tylko jednego. Zemsty

Zemsty? Czyżby chodziło mu o przegraną jego ojca? Po moim trupie!

-Jakiej zemsty?-Spytałam specjalnie aby dać znać, że jestem nieświadoma tego co on do mnie mówi. Tak na marginesie prezydent Alex nie był już wilkiem, którego spotkałam w tunelach lecz dokładną kopią Snowa. Siedział właśnie na czarnym taborecie.  Pomieszczenie, w którym się znajdowałam było zimne i puste. Dookoła były tylko białe ściany, a za mną  prycza, na której siedziałam.

-Droga Katniss. Mogę tak do ciebie mówić?-Spytał, a ja nic nie odpowiedziałam. –Cóż wezmę te milczenie za twoją zgodę. –Powiedział i kontynuował swoją  historię, której w sumie słuchałam tylko jednym uchem. –Tak, więc chodzi o zemstę nad tobą.  Co proszę?

Długo się zastanawiałam nad słowami Alex’a. Czyżby chciał abym znów weszła na areną i walczyła o życie jak kiedyś z Peetą? Mam nadzieję, że ta myśl mu nie chodzi po głowie. Choć mogę mieć marne nadzieje……

-Postanowiłem ,że znów  przywrócę dawne igrzyska, a ty będziesz jednym z trybutów. –Moje myśli kłębiły się. Czyżby to możliwe? Znów na arenie?

-Nie!-Krzyczę. Nie pozwolę mu na to.

-Nie proszę o twoją decyzję. To zostało już podjęte. Za tydzień w centrum Kapitolu oraz  we wszystkich dystryktach na Placu Sprawiedliwości zostaną wybrani trybuci. Jeśli chodzi o dystrykt dwunasty to już mamy ochotnika. Jesteś nim ty. O drugą połówkę się nie przejmuj.

-Kłamiesz! To tylko sposób aby sprowadzić na mnie śmierć!- Wykrzykuję te słowa prawie w jego twarz.

-To nie są kłamstwa.-Mówi i powoli odchodzi jak duch, który pojawił się znikąd.-Dobrej nocy, panno Everdeen.-Powiedział, a potem znikną. Nie możliwe, to po prostu nie możliwe. Nie pozwolę aby ten dziad wzniecił igrzyska.!

………………………………………………………..

 

 

-Wszystko ma być dopięte na ostatnii guzik!-Krzyczał prezydent Alex.

-A co z trybutami?-Zapytał jeden z mentorów .

-Tym się nie przejmuj.-Odpowiedział.-Damy temu radę.

-Chyba nie myślisz, że Effie Trinket będzie losować nazwiska i imiona?-Odpowiedział mentor.

-Czy ciebie naprawdę obchodzi los tych nieudaczników?-Zapytał prezydent.-Ha!

-Nie panie!-Odpowiedział i zamilkł.

-Żeby mi się to stało ostatni raz.-Powiedział Alex i odszedł od mentora.

………………………………………………………..

Byli już daleko.  Od Kapitolu dzieliły ich kilometry.  Słońce piekło im skóry niczym skwar lejący się  z letniego nieba. Od dawna nie było takiego upału.

-Czemu musi być tak gorąco?-Przekrzykiwał jeden głos za drugim.

-Nic nie mówcie.-Powiedziała Joanna. –Nigdy nie mieliśmy takiego gorącego lata.

-Tam chyba widzę jakiś wodopój.-Odrzekł Gale i miał racje. Nie daleko nich była polana, a na niej coś w kształcie wielkiego jeziora. Wszyscy  pięcioro podbiegli do wodopoju i  ugasili swoje pragnienie. Niektórzy nawet weszli do zimnej wody aby się ochłodzić.

-Zostaniemy tutaj na noc.-Powiedział Plutarch.- Zrobimy rekonesans, a jutro wędrujemy dalej do naszego poduszkowca.

Wszyscy się zgodzili i nie myśleli o zmartwieniach. Annie usiadła na trawie daleko od swej paczki.  Za pomocą lewej ręki wyjęła z lewej kieszonki sukienki medalion. Gdy otworzyła go ujrzała dwa zdjęcia, zdjęcia swoich miłości.

                                                                       …………………………………………

#Hej!  Dziękuję wam za sto wejść!! Chociaż sądzę, że jak to piszę jest ich jeszcze więcej. Dziękuję drogim czytelnikom, którzy chociaż na chwilę wejdą na bloga i czytają moje wypociny. J Nawet nie wiecie jak te wejścia mnie mobilizują do dalszego pisania. Tylko poproszę też o komentarze! Zdziwieni, że rozdział wcześniej? To przez to, że się nudzę..:D I była brzydka pogoda i chyba ona skłoniła mnie do napisania kolejnej notki.! J
 
 

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

8.Fiasco


Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Na obszarze, którym przebywaliśmy spędziliśmy niemal całą noc. Noc nie była taka chłodna jak przepuszczaliśmy. Do rezydencji prezydenta nie było wcale tak daleko.  Wystarczyło przejść kilka przecznic.

-Myślisz, że rezydent Alex będzie zaskoczony jak mnie zobaczy?

-Sądzę, że to bardzo prawdopodobne.-Odpowiedział Gale.

-Tak. Potem zapewne jak prezydent Snow spróbuje wsadzić nas do klatki.

-Zapewne.-Uśmiechneliśmy się.

-Moi drodzy.-Odrzekł Plutarch.-Jesteśmy na miejscu.

Ku naszym oczom pokazała się nam wyniosły, złoty pałac. Budowla z tego co pamiętam składała się z dwunastu skrzydeł, a każde z nich strzegło naszego dystryktu. Tak właśnie było w Kapitolu. Ciekawa tylko byłam jak by stworzono makietę całego pałacu.

-Jak tam wejdziemy?-Zapytałam Haymitch’a. Jako jeden wiedział o tajemnych przejściach pod pałacem. Gdy został początkowym mentorem mieszkał w nim.  

-To bardzo proste.-Powiedział, a w jego ręku zauważyłam dużą butelkę brendy.-Trzeba tylko znaleźć tajne przejście.

-Tunele, tajne przejście…-Zaczęła Annie wymieniając.-Coś jeszcze?

-Nie sądzę skarbie. Ale nigdy nic nie wiadomo.

Powoli zbliżaliśmy się do frontowych drzwi, których na własne oczy nigdy, przenigdy nie widziałam. Nagle Haymitch podszedł do nich, widać było jak coś do nich szepcze. Ale co?  Haymitch dał znak abyśmy weszli do środka. Nagle poczułam chłód, a nade mną zaświeciło niebieskie światło.

-Stalagmity?-Zapytałam ale nikt mi nie odpowiedział.  Szliśmy po cichu niczym myszy. Czas dłużył się nam niemiłosiernie. Moje nogi poczuły jak zaczęły się wspinać w górę.  Ku mnie pojawiło się migoczące światło.

-Jesteśmy na miejscu!-Krzyknął Haymitch. Rzeczywiście. Światło stawało się coraz większe. Poznałam pomieszczenie, do którego weszliśmy. Jeszcze za życia prezydent Coin odgrywaliśmy w tym miejscu niezwykłą rolę. Sala bankietowa była zupełnie pusta.  Wokół niej był okrągły stół, a naprzeciwko niego dołączone krzesła. Wielkie okna całkowicie zasłaniały fioletowe zasłony.  Ale jedna rzecz rzucała się w oczy.      

-Gdzie Strażnicy pokoju?-Zapytałam.

-Chyba musicie wiedzieć.-Nagle zimny głos odezwał się w naszą stronę.-Co ja do was mam. Panna Everdeen, zgadza się ?-Spytał intruz.

-Kim jesteś?-Spytałam.

-Najbardziej okrutnym monstrum jakie kiedykolwiek chodziło po ziemi.

-Czy ty jesteś obecnym prezydentem?

Nagle wszystkie światła zapaliły się, a na środku Sali stał on. Tak bardzo do niego podobny. Te same siwe włosy, ta sama laska, którą  się podpierał.  Jeszcze do tego biała broda.

-Chyba musi pani odpowiedzieć  sama na to pytanie.

Czułam jak moje nogi uginają się w pół. To nie możliwe. Wyjęłam swój łuk za pasa i strzały. Muszę go zabić zanim on pozabija nas.  Napięłam jedną z nich na cięciwę i wtedy zdarzyło się coś co nikt z nas nie mógł przewidzieć. Strzała zmieniła swój kierunek w moją stronę. 

-Jak?-Powiedziałam.

-To bardzo zaskakujące, prawda. Nie jestem takim zwykłym człowiekiem jakim ci się zdaje  panno Everdeen.

-Katniss! Katniss!-Usłyszałam jak ktoś mnie woła z tyłu ale jego ruchu i wzrok sparaliżowały mnie.

-To w takim razie kim ty jesteś? –Spytałam, a prezydent Alex przeobraził się w postać, która mogłaby tylko nawiedzać nasze sny. Z prawdziwego człowieka przemienił się w wilka. Jakim cudem?  Chwyciłam mój łuk i uderzyłam zwierzę w jego pysk. Następnie wzięłam trzy strzały i wystrzeliłam w jego kierunku. Jego obraz rozsypał się.

-Katnis!!-Słyszę głosy. No tak, moi przyjaciele też są w potrzasku.  Odwracam się w ich kierunku i znów widzę wilka, raczej dwóch. Szybko nabijam dwie strzały i cierpliwe namierzam cel. Puszczam je, a strzały zamieniają się w słup ognia. Patrzę jak wilk upadł na ziemię, a drugi próbuje uciec. Nabijam kolejne dwie strzały i znów dzieje się z nimi to samo co z poprzednimi. Wilk upada.  Opadam na podłogę, a mój  rytm serca nieustannie rośnie. 

-Co to było?-Pyta Gale.

-Nie wiem ale to nie pora na odpowiedź, wynosimy się stąd.-Powiedział Haymitch.  Wszyscy ruszyliśmy w powrotną stronę. Znów poczułam jak schodziliśmy w dół. Nagle ktoś zatarasował nam drogę. Nie widziałam kto to był gdyż znów spowił mrok.  Gale wystrzelił kulistą ognię światła i wtedy go zobaczyliśmy.

-Myślicie, że tak łatwo mnie złapać? Mylicie się. –Odpowiedział, a nagłe światło, które pojawiło się niedawno. Poczułam jakieś uderzenie, a później  spowił mnie mrok.
 
 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

7. Misja cz.2


-Katnis czekaj!-Usłyszałam za sobą czyjś głos. Dźwięki nagle ustały jakby ich nie było. Stanęłam przy jakiejś ogromnej dziurze, z której wylewała się brudna woda. Zatrzymałam się przy niej aby się skulić. Chciałam już przez nią przejść ale poczułam jakieś szarpnięcie. Odwróciłam się do moich towarzyszy. Patrzyli na mnie jakby mieli przed sobą jakąś, nienormalną kretynkę. Nie zwracając na ich miny ruszyłam przed siebie jednak nie czułam się komfortowo.

-Katniss, co się dzieje?-Zapytała mnie Annie. Minę miała zatroskaną.

-N-nic.-Przełknęłam przez ślinę. Chyba mi uwierzyła. Ruszyliśmy dalej nic nie mówiąc do siebie. Do naszych uszu docierał tylko plusk wody i nasze kroki. Plutarch cały czas trzyma holo w rękach. Nie mówiliśmy nic do siebie. Na szczęście Plutarch krzyknął:

-Patrzcie w górę!-Zawołał a nasze głowy skierowały się w sufit.

-Nic nie widać.-Odpowiedział Gale.

-Poświeć latarką to zobaczysz.

Gale wykonał rozkaz i ku naszym oczom ukazało się coś w kształcie dużego okręgu. Czyżby była jakaś nadzieja, że się wydostaniemy z pod rąk podziemia? A może to tylko wizja Plutarcha? Światło padało na okrąg, który oazał się być metalowy. Czyli jednak była nadzieja.

-Nie sądzicie, że jest to jakaś klapa?-Zapytała ruda.

-Możliwe.-Odparłam.-Gale widzisz jakąś drabinę?-Krzyknęłam w jego kierunku.

-Niestety nie. –Odparł.

-W takim razie trzeba będzie wyjść za pomocą liny.

Nikt nic nie odpowiedział tylko czekał na moją reakcję.  Zdjęłam czarny plecak z moich pleców i zaczęłam szukać w nim grubej liny. Otworzyłam największą komorę gdzie praktycznie było wszystko. Bidony, sznury, ciepłe koce , a nawet broń ale akurat ją trzymaliśmy przy sobie. Tak, więc wyjęłam gruby, ogromny sznur, który zaczęłam rozwiązywać. Gdy skończyłam spróbowałam rzucić koniec sznura na uchwyt klapy.

-Udało się!-Wykrzyknełam.  Złapałam sznur, a resztę przywiązałam do bioder i powoli wspinałam się ku powierzchni. Starałam się nie patrzyć w dół. Byłam już blisko ale dopingowałam siebie w myślach. ( Jeszcze trochę..już blisko…dalej Katniss.) Chwyciłam się za metalowy skrawek okręgu, który był strasznie nagrzany, a gdy położyłam na nim dłoń od razu odskoczyła.

-Au!-Krzyknełam.

-Co się stało?-Usłyszałam krzyk w dole.

-Nic takiego. Metal jest bardzo nagrzany, więc uważajcie jak będziecie się wspinać. –Odpowiadam i mocno chwytam się metalu. Czuję jak rozgrzany metal  ociepla moją dłoń. Jedną nogą chwytam się skały, a drugą metalu, mały unik i już jestem na powierzchni.

-Teraz wasza kolej!-Krzyczę w dół. Trzymam mocno sznur aby w razie czego asekurować przybyłego. Widzę jak zaczyna się poruszać tak, że powoli siadam na nagrzanej płycie. Ku moim oczom zauważam czyjąś dłoń. Powoli siadam na kolana i pomagam chwycić się intruzowi mojej dłoni. Ku moim oczom zauważam czarną czuprynę. Gale.

-Hej Kotna.-Mówi.

-Fajnie było tam na dole?-Pytam, a on jakby chciał mi zrobić na złość zadaje mi podobne pytanie.

-A tobie fajnie być na gurze?

-Wiesz, fajnie ale wolę chłód.

-Hej! Gołąbeczki!! –Usłyszałam jakiś głos. Był to Haymitch ze swoimi siwymi włosami. Zaraz…Czy on nie powiedział do na gołąbeczki? Podałam mu rękę i powoli go wyciągałam, a Gale wyjął pomocną dłoń. Za nim pojawiła się reszta naszej ekipy.

-Wszyscy na miejscu!-Krzyknęłam.

-Tak.-Powiedzieli chórem.

-No to w drogę do rezydencji prezydenta.-Powiedział Haymitch.

………………………………………

Do celu szliśmy niemalże około godziny. Droga nam się dłużyła, a wszyscy byli zmęczeni i głodni jak wilki. Niebo zrobiło się szare, a chmury pociemniały.

-No i koniec pięknej pogody.-Powiedział Gale.

-Powiadamiam, że przydał  by się nam mały postój.-Zaproponował Haymitch.

-Oj tak. I znaleźć jakiś prowiant i coś do picia.-Odrzekła Joanna.  I wszyscy skierowali się ku mnie i Gale.

-Co?-Pytam.

-No przecież to wy jesteście wspaniałymi łucznikami.-Odrzekła Joanna. Miała wielkie szczęście, że akurat obok nas był las.

-Dajcie nam pięć minut.-Mówi Gale, a ja siadam obok niego. Nozdrzami wdychamy zapach świeżego powietrza, który intensywnie nam się ulatnia. Chyba każdy z nas odczuł teraz ulgę. Położyłam się  na trawie tak suchej jak zużyta ścierka. Czułam jak ciężar w moich nogach oddala się ode mnie        

-Gotowa?-Zapytał Gale.

-Tak.-Ruszyliśmy w stronę lasu. Korony drzew otulały nas przed czymś złym . Ich kształt wyglądał jak dach. Nagle coś zaszeleściło.

-  Słyszysz to?-Zapytałam.

-Tak. Choć, schowamy się za tamtym drzewem.

Szybko pomknęliśmy w kierunku drzewa, które wskazał Gale. Ku naszym oczom ukazała się prześliczna sarna. Chyba była to sarna gdyż nie miała tych typowych, jelenich rogów.  Aż szkoda , że musieliśmy w nią strzelać . Zaraz! Przecież nie musieliśmy i od razu powstrzymałam Gal’a.

-Czekaj!-Krzyknęłam po cichu gdy on przygotowywał strzałę .

-Co?-Pyta.

-Zostaw tą sarnę, patrz w górę. – I ku naszym kierunku wzleciał orzeł. I to jaki. Gale wycelował strzałem i puścił ją w stronę prawie już czarnego nieba. Orzeł upadł na grunt, a sarna została spłoszona.

 


 

 

wtorek, 26 lipca 2016

6.Misja cz.1.


Pokazać się od najlepszej strony. Czuję się jakbym znów była na arenie i dawać z siebie wszystko by móc zadowolić mentorów. Czuję, że znów muszę robić to samo tyle, że mam inną misję do wykonania. Biegniemy przed siebie i nie zwracamy uwagi na nikogo, na żadną sytuację. Patrzę jak Plutarch używa holo aby znaleźć jakiekolwiek kokony. Mam nadzieję, że podczas tej misji nikt nie zginie. Chociaż to mogą być marne nadzieje.

-Kryć się!-Słyszę nagle głos Plutarcha. Wszyscy chowamy się za zimnym murem. Chce zadać pytanie co się stało ale nagle słyszę wielkie bum i czerwone iskry. Kokony dały o sobie znać.

-Jakim cudem są tu kokony?-Spytałam Haymitch’a.

-Wiesz…Pewnie Alex doszedł do wniosku, że skoro chce potępić wszystkich, którzy wkroczyli na drogę jego ojca to pewnie je dlatego zamątował.

-Ale przecież wiadomo, że chce dorwać tylko mnie to po co on to robi?-Spytałam poważnie. Po co znów zaczynać wojnę aby ginęło miliony ludzi zamiast tylko dorwać mnie.  Chyba te zagadnienia muszę zostawić na później.  Staram się wychylać głowę poza muru i zauważam ludzi w białych kombinezonach. Leżą martwi. Zapewne przechodzili tędy gdy wybuchły kokony. Haymitch daje nam znać abyśmy szli dalej. Po rozbrojonych kokonach pozostaje tylko kawałek ognia, widzę tych dwojga ludzi, martwych. Przyglądam się im twarzą: ludzie pokoju. Poznaje po kolorze kombinezonu.

-Ile zostało drogi do rezydencji?-Mój wzrok kieruje się na Annie, która zadała pytanie Plutarchowi.

-Już nie dużo. Musimy tylko przejść przez tunel i gotowe.

Tunele . Na te słowo robi mi się nie dobrze. Przypomina mi się każda scena związana z tamtym miejscem. Jestem bardzo ciekawa dlaczego tak na mnie działa to miejsce. Przechodzimy obok miejsca gdzie kiedyś zginął Bogs i siostry Leeg. Budynek, w którym poniosły śmierć został od fundamentów odbudowany. Zupełnie inaczej wygląda niż podczas wojny o Kapitol. Nagle zatrzymujemy się przy sklepie Tigris. Zżera mnie ciekawość czy nadal tam pracuje. Plutarch zaczyna pukać do drzwi. Patrzę na Gal’a. Zapewne myśli o tym samym co ja. Ku moim oczom drzwi otwierają się. Jednak nie widzimy kobiety  z tygrysim ogonem i makijażem tygrysa. Widzimy pewnego, blondyna w bogatym stroju co jest charakterystyczne dla Kapitolu.

-My od wodociągów.-Zapewnia go Plutarch, chcę wybuchnąć śmiechem ale wiem, że nie jest to najlepszy moment. Powoli wchodzimy do pomieszczenia. Czuć zapach naftaliny i kolorowych tkanin. Blondyn prowadzi nas do rur gdzie niegdyś się tam znajdowaliśmy. Chłopak otwiera nam klapę i czym prędzej wchodzimy do podziemi. Cuchnie tutaj niesamowicie, a błota i wody jest tu pod dostatek. Patrzymy uważnie pod nogi aby się nie potknąć lub nie wpaść na siebie. Zanim wchodzimy głębiej zostajemy latarki, które wręcza nam plutarch.

-Jeśli coś się poruszy lub usłyszycie jakiś dziwny dźwięk natychmiast stąd uciekajcie.-Powiedział Plutarch. Był naszym przewodnikiem więc musieliśmy się go słuchać. Szłam obok Gal’a, który był wyraźnie podekscytowany. Po dziesięciu minutach wędrówki miałam już serdecznie dosyć. Chciałam być już jak najszybciej na ziemi. Jednak w tunelach nie było to takie proste.

-Padnij!-Słyszę nagle głos Annie. Na całe szczęście powiedziała to w ostatnim czasie gdyż jak upadliśmy w błoto smuga czerwonego niczym jak krew ognia przeleciała nad naszymi głowami.

-Co to było?-Tym razem jako pierwsza się odezwałam. Gale patrzył się w miejsce gdzie nie dawno przeleciało nad naszymi głowami światło.

-Nie wiem ale lepiej będzie jak będziemy szli trochę szybciej

Nic nie mówiąc szliśmy teraz szybszym krokiem ale to i tak mało daje. Nagle obeszły mnie ciarki gdyż znów usłyszałam znajomy dźwięk, moje imię.

-Katniss, Katnisss……

-Słyszycie to?-Zapytałam paczkę. Joanna spojrzała na mnie, tak samo zrobił też Gale.

-Niby co?-Spytali równocześnie, a ja usłyszałam znów te dźwięki. Zaczęłam nieustannie biec przed siebie. Uciekałam gdzie się da. Zapewne reszta wzięła mnie za wariatkę ale to na pewno nie uroiło się w mojej głowie.

Ciąg dalszy nastąpi. J
 

wtorek, 19 lipca 2016

5.Gale.


 

Po tej rozmowie każdy już wiedział co począć. Planowaliśmy atak na prezydenta. Jednak czy powiedzie się nam z sukcesem. Kto wie? Obecnie jesteśmy w Trzynastym Dystrykcie. Schowani przed złem i rządami kolejnego prezydenta, który stosuje rządy totalitarne.  Po tym jak obaliliśmy Snowa nie wiele się tu zmieniło.  Te same korytarze, komory. Ale czegoś mi tu brakuje. Ludzi. Ludzi ubranych w szarych kombinezonach. Cały czas o nich rozmyślałam idąc do swojej komory, jednak coś mnie rozproszyło.

-Katniss…

-Co to?-powiedziałam sama do siebie. Jednak dałam temu spokój i szłam dalej, ale to nie dawało mi spokoju.

-Katniss….-Znów. To musi być jakiś głos. Tyle, że nie wiedziałam o co z nim  chodzi i co próbuje mi przekazać.

Ktoś próbuje mnie nastraszyć?

-Katniss, Katniss, Katniss…-przeraźliwe dźwięk dobiegał do moich uszu. Było go  coraz więcej, nie mogłam tego wytrzymać i zaczęłam biec przed siebie. Szepty znów dawały o siebie znać.

Duchy, upiory….,a może zmiechy. Gdy o nich pomyślałam po moim ciele przechodziły mi ciarki. Znów miałam przed sobą obraz gdzie na moich oczach monstra wychodzą z wody i atakują jednego po drugim. Z wielkim hukiem otworzyłam drzwi i wpadłam na łóżko.  Moje serce tak waliło, że ledwo nadążało, a mi brakowało już tchu. Powoli zeszłam z łóżka i zaczęłam zdejmować strój Kosogłosa.  Zajęło mi to ledwie parę chwil. Mój czarny łuk leżał przy białej komodzie w prawym rogu pokoju. Gdy zamykałam klamkę od drzwi nadstawiłam ucho, aby sprawdzić czy przypadkiem  nie usłyszę tajemniczego głosu. Korytarz był zupełnie cichy, nie było ani jednej, żywej duszy. Ruszyłam więc przed siebie wolnym krokiem nie spiesząc się.  Biegłam, aby nie tracić czasu. Chciałam już być u boku Joanny i Haymitcha. Wróć! Miałam na myśli oczywiście Plutarcha! Na szczęście ku moim oczom ukazały się szare drzwi , które prowadziły do poduszkowca.

-Coś ty taka zdyszana?-zapytała  Joanna.

- Nie.. nic. Wszystko w porządku.

- Patrz kto nas odwiedził.

Spojrzałam  naprzeciwko. Nigdy nie myślałam, że go spotkam. Nawet za nim tęskniłam, ale nie tak jak za Peetą.

-Hej Kotna.

-Możemy porozmawiać na osobności?-Pytanie te było skierowane do Plutarcha.

-Oczywiście, ale nie za długo.-Skinęłam głową na znak zgody.

- Dawno cię nie widziałem.-Powiedział. Jego głos cofnął moje wspomnienia do tego czasu jak byliśmy dziećmi, jak polowaliśmy razem.

-Co tu robisz?

-Jak to co? Bronię Panem tak jak ty. Nie pamiętasz jak…- Tu głos mu się przerwał.

-Zapewne go broniłeś tak samo jak moją siostrę. Ten wynalazek ją zabił. Pamiętam to dokładnie, jakby ktoś  namalował obraz.

-Wiec, że bardzo tego żałuję, ale nic nie da się zrobić aby przywrócić życia najbliższym osobom Katniss.

-Nie musisz mi o tym wspominać.-Nastała krótka chwila, nagle Galowi coś się przypomniało.

-Bym zapomniał. –powiedział, a jego ręka powędrowała do prawej kieszeni spodni. Nagle w jego dłoni ujrzałam kawałek białej kartki.- Od twojej mamy, kazała mi ten list  tobie przekazać. Wzięłam kopertę do ręki i przyjrzałam się adresatowi. Tak to było pismo mojej matki.

„Droga Katniss!

Jak ci się wiedzie? Z resztą  nie powinnam pytać o takie rzeczy. Mam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze. Bardzo mi przykro z powodu Peety. Jednak czas leczy rany, a takie sceny szybko umkną nam z pamięci. Choć nie wiem jak u ciebie. Wiem tylko, że twój stan emocjonalny jest bardzo ciężki. Skąd o tym wiem? Plutarch i Haymitch starają się mi przesyłać listy i wiadomości o twoim stanie i zdrowiu regularnie, co tydzień. Wiec, że nigdy cię nie zostawię. Bardzo Cię kocham, gdyż jesteś moją córką, jedyną jaka mi pozostała. Wiesz dlaczego nie odwiedzałam Cię gdy ty przebywałaś w Wiosce Zwycięzców? Z powodu śmierci twojej siostry, Katniss. Gdy Prim  zginęła nie mogłam opanować emocji, które mną w tamtym czasie wstrząsnęły. Dlatego wyprowadziłam się z Dwunastki po to aby zacząć nowe życie, gdyż tamte miejsce przeszywało mnie o wspomnienie związane nie tylko z Tobą i z Prim ale też i z waszym ojcem. Wiec , że bardzo Cię kocham!

                                                                                                                      Mama.

 Ps.: Odpisz szybko.”

Po policzku spłynęły mi gorzkie łzy. Gale wykonał powolny ruch w moją stronę. Poczułam jak jego silne ramiona znów mnie pocieszają, chronią, dają bezpieczeństwo.  Nagle tą kojącą chwilę przerwał nam nie kto inny jak Haymitch.

-Everdeen, Hawerthoon  koniec tych emocji!!! Czas wyjść na ziemię i się pokazać od najlepszej strony.
                                                                               

sobota, 9 lipca 2016

4.Kosogłos odradza się z popiołów.


 Kiedy Haymitch rozkazał mi, że mam znów włożyć na siebie strój, który niegdyś został zaprojektowany przez Cinnę zaciekawiło mnie czy w ogóle wie gdzie on jest. Przecież po odwilży na Kapitol kazał mi natychmiast schować ten kostium gdziekolwiek, tak aby nie zobaczyło go światło dzienne. Jednak gdy Plutarch prowadzi mnie do komory 113, mojego dawnego miejsca zamieszkania widzę go zawieszonego na jednej z półek. Oprócz tego zauważyłam Veninię, która należała do dawnej, mojej ekipy przygotowawczej.

- Jest moja gwiazda.- Nic nie powiedziałam ale pozwoliłam sobie na jeden przyjacielski uścisk. –Gotowa?-zapytała, a ja tylko kiwnęłam głową. Brunetka zatachała rękawy i wzięła się do roboty. Jednak te przygotowania, które miały miejsce w obecnym czasie nie wyglądały jak dawniej.  Po prostu zostały pominięte drobne elementy, których brakowało aby złożyć jedną układankę w całość. Dziewczyna nałożyła na mnie kostium. Jednak czegoś mi brakowało. Łuku. Gdy zawsze miałam go w rękach czułam się wolna. Przypominały mi się polowania w lesie gdy byłam jeszcze nastolatką.

-Cinna wykonał za swego żywota nie złą robotą ale ja stwierdziłam, że warto dodać kilka elementów.

-Jakich elementów?

-Wykonaj okrąg to zobaczysz.- Zrobiłam jak kazała. Ku moim oczom kostium rzeczywiście wyglądał zjawiskowo. Gdy zaczęłam tańczyć w koło  w dole stroju pojawiały małe iskierki, a później zaczęły tworzyć prawdziwe strugi ognia.

-Jak to zrobiłaś?-Zapytałam.

-Kilka sztuczek i doświadczeń w Kapitolu ułatwiły mi to zadanie. Mogę powiedzieć ci jedno. Kosogłos odradza się z popiołów.

Nic nie odpowiedziałam. Gdy by to był Cinna nie byłabym zaskoczona. To znaczy byłabym ale bym dokładnie wiedziała, że to jego projekt, że on sam tego dokonał. Dziś mogę powiedzieć tylko jedno. Veninia mnie zaskoczyła.

-Chyba chcesz ukraść rolę Cinny?-zapytałam, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

-Raczej tylko ci się tak wydaje. Teraz do roboty, Plutarch cię potrzebuje.-podziękowałam jej. Jednak gdy wychodziłam z komory moje wspomnienia zaczęły narastać. Kosogłos. Pamiętam to doskonale. To ja odgrywałam tą rolę. To ja byłam pionkiem w grze Coin. Tak samo jak na arenie, tyle, że pionkiem Snowa. Kierowałam się do specjalnego miejsca gdzie znajdowali się trybuci ostatnich igrzysk. Jednak nie byli to wszyscy. Brakowało: Peety i Finnick’ a, za którego wstąpiła Annie. Byłam zaskoczona widząc ją pośród nas. Zapewne śmierć jej męża przytłoczyła ją i chce się zemścić. Lecz zabójcą byłam ja, nie Snow. Wróć! Ale to przecież prezydent Snow zesłał na nas zmiechy  w podziemia samego Kapitolu nie daleko jego rezydencji. Tak czy inaczej wina leży po obu stronach.  Pomieszczenie, do którego wchodzę zaczyna oślepiać mnie światłem. Na środku małej salki widzę podświetlony stół z wiszącą mapą w powietrzu. Dookoła niej zebrali się wszyscy: Plutarch, Joanna, Haymitch i Annie. Brakowało tylko mnie.

-Dobrze znów cię widzieć.-Był to głos Plutarch’a.- Proszę, to chyba należy do ciebie. Niedługo go znów użyjesz.- Wręcza mi czarny pakunek, w którym czuję coś twardego i ciężkiego. Gdy go rozwijam z czarnej, wielkiej szmatki doskonale go rozpoznaję.

-Dzień dobry.-szepczę jakbym szeptała komuś do ucha po cichu. Łuk jakby mnie wyczuwa i wysyła mi impulsy elektryczne. To dobrze, bo to oznacza, że został pobudzony do działania.

-Jakie macie plany?-kieruje pytanie Annie w stronę Plutarcha. Natomiast on przybliża mapę na środek samego Kapitolu, między innymi na samą , dawną rezydencję prezydenta Snowa.

-Niestety nie mam dobrych wieści.-Mówi.-Wioska Zwycięzców  popadła w ruinę. Tak jak niegdyś cały dwunasty dystrykt.-Pewnie się zastanawiasz- I tu kieruje twarz w moją stronę.- skąd wziął się twój strój Kosogłosa i skąd mamy ten łuk. Otóż odpowiedź jest prosta. Gdy zostaliśmy wiadomość od Joanny, że Dwunasty Dystrykt jest zaatakowany przez animowanego nieprzyjaciela natychmiast z kryjówki, o której zaraz ci opowiem ewakuowaliśmy się, aby ciebie i Joanne ściągną na poduszkowiec. Wtedy gdy ty jej szukałaś my dawno byliśmy na górze i zabraliśmy strój oraz broń.

-Nieźle go schowałaś.-Tym razem odezwał się Haymitch.-Żeczywiście nie dostrzegł promieni słonecznych, było dla niego zapewne ciemno jak w grobie.-zaśmiał się ale za chwile jego mina spoważniała.-No ale dosyć plotkowania. Wracamy do tematu, Plutarch.-Zwrócił się do niego.

-Tak. Według nas ktoś planuje objąć władzę w całym Panem. I nie mylimy się, że to może być ktoś z krewnych Snowa. Jeśli tak jest to mamy poważne problemy.

-Ale jakże i fantastyczne przygody!-zawołał z uśmiechem Haymitch. Chyba za dużo się napił procentów, bo zauważyłam, że u niego humor dziś doskwiera.

-Tak! Śmierć za śmiercią.-zawtórowałam.

- Ale zwróćmy też uwagę, że gdy ten ktoś opanuje Panem prawdopodobnie jak za życia Snowa znów może przywrócić areny i igrzyska, a dzieci dwanaściorga dystryktów oprócz oczywiście kapitolińskich będą zmuszeni zostać ofiarą i trybutą oraz zginąć za nasz kraj.

-Chyba, że uda im się wygrać.- Powiedział Plutarch.

-Tu by się przydało trafne powiedzenie : I niech los wam sprzyja!- wykrzyczała Joanna jak niegdyś Effie na Placu Sprawiedliwości wybierając trybutów, w tym mnie.

-Masz rację.-powiedziałam, a ona się uśmiechnęła.-Według mnie ten przez was nazywany „ktoś”- Tu uniosłam palce w cudzysłowiu.-już knuje aby te igrzyska odegrały jak najszybciej swoją rolę.

-Tylko kto by wtedy zastąpił Effie?-zapytała Joanna.

-Dobre pytanie.-Oświadcza Haymitch.-Jednak to nie jest nas główny problem. Nasz słaby punkt tkwi tutaj.-Wskazał palce na rezydencję.-Tu kryją się wszystkie, nasze przeszkody.  Nastała chwila milczenia, a wszyscy zastanawialiśmy się co może być tą przeszkodą. To nie tylko są areny, igrzyska czy ćwierczwiecze. Tu liczy się też kto będzie władał nad Panem, tu liczy się czy im będę kolejnym pionkiem w grze.

# Pewnie się dziwicie, że rozdział trochę wcześniej, ale jest to spowodowane wyjazdem na Mazury. Nie wiem czy dam radę opublikować kolejny rozdział. Będzie to zależało od miejsca pobytu i czy Internet będzie wraz ze mną prawidłowo współpracował.  Oraz czy będzie mi dany czas. Tak, że ja wyjeżdżam na dany mi odpoczynek, a wy delektujcie się nowym rozdziałem. J