-Katnis
czekaj!-Usłyszałam za sobą czyjś głos. Dźwięki nagle ustały jakby ich nie było.
Stanęłam przy jakiejś ogromnej dziurze, z której wylewała się brudna woda.
Zatrzymałam się przy niej aby się skulić. Chciałam już przez nią przejść ale
poczułam jakieś szarpnięcie. Odwróciłam się do moich towarzyszy. Patrzyli na
mnie jakby mieli przed sobą jakąś, nienormalną kretynkę. Nie zwracając na ich
miny ruszyłam przed siebie jednak nie czułam się komfortowo.
-Katniss,
co się dzieje?-Zapytała mnie Annie. Minę miała zatroskaną.
-N-nic.-Przełknęłam
przez ślinę. Chyba mi uwierzyła. Ruszyliśmy dalej nic nie mówiąc do siebie. Do
naszych uszu docierał tylko plusk wody i nasze kroki. Plutarch cały czas trzyma
holo w rękach. Nie mówiliśmy nic do siebie. Na szczęście Plutarch krzyknął:
-Patrzcie
w górę!-Zawołał a nasze głowy skierowały się w sufit.
-Nic
nie widać.-Odpowiedział Gale.
-Poświeć
latarką to zobaczysz.
Gale
wykonał rozkaz i ku naszym oczom ukazało się coś w kształcie dużego okręgu.
Czyżby była jakaś nadzieja, że się wydostaniemy z pod rąk podziemia? A może to
tylko wizja Plutarcha? Światło padało na okrąg, który oazał się być metalowy.
Czyli jednak była nadzieja.
-Nie
sądzicie, że jest to jakaś klapa?-Zapytała ruda.
-Możliwe.-Odparłam.-Gale
widzisz jakąś drabinę?-Krzyknęłam w jego kierunku.
-Niestety
nie. –Odparł.
-W
takim razie trzeba będzie wyjść za pomocą liny.
Nikt
nic nie odpowiedział tylko czekał na moją reakcję. Zdjęłam czarny plecak z moich pleców i
zaczęłam szukać w nim grubej liny. Otworzyłam największą komorę gdzie
praktycznie było wszystko. Bidony, sznury, ciepłe koce , a nawet broń ale
akurat ją trzymaliśmy przy sobie. Tak, więc wyjęłam gruby, ogromny sznur, który
zaczęłam rozwiązywać. Gdy skończyłam spróbowałam rzucić koniec sznura na uchwyt
klapy.
-Udało
się!-Wykrzyknełam. Złapałam sznur, a
resztę przywiązałam do bioder i powoli wspinałam się ku powierzchni. Starałam się
nie patrzyć w dół. Byłam już blisko ale dopingowałam siebie w myślach. (
Jeszcze trochę..już blisko…dalej Katniss.) Chwyciłam się za metalowy skrawek
okręgu, który był strasznie nagrzany, a gdy położyłam na nim dłoń od razu
odskoczyła.
-Au!-Krzyknełam.
-Co
się stało?-Usłyszałam krzyk w dole.
-Nic
takiego. Metal jest bardzo nagrzany, więc uważajcie jak będziecie się wspinać. –Odpowiadam
i mocno chwytam się metalu. Czuję jak rozgrzany metal ociepla moją dłoń. Jedną nogą chwytam się
skały, a drugą metalu, mały unik i już jestem na powierzchni.
-Teraz
wasza kolej!-Krzyczę w dół. Trzymam mocno sznur aby w razie czego asekurować
przybyłego. Widzę jak zaczyna się poruszać tak, że powoli siadam na nagrzanej
płycie. Ku moim oczom zauważam czyjąś dłoń. Powoli siadam na kolana i pomagam
chwycić się intruzowi mojej dłoni. Ku moim oczom zauważam czarną czuprynę.
Gale.
-Hej
Kotna.-Mówi.
-Fajnie
było tam na dole?-Pytam, a on jakby chciał mi zrobić na złość zadaje mi podobne
pytanie.
-A
tobie fajnie być na gurze?
-Wiesz,
fajnie ale wolę chłód.
-Hej!
Gołąbeczki!! –Usłyszałam jakiś głos. Był to Haymitch ze swoimi siwymi włosami.
Zaraz…Czy on nie powiedział do na gołąbeczki? Podałam mu rękę i powoli go
wyciągałam, a Gale wyjął pomocną dłoń. Za nim pojawiła się reszta naszej ekipy.
-Wszyscy
na miejscu!-Krzyknęłam.
-Tak.-Powiedzieli
chórem.
-No to
w drogę do rezydencji prezydenta.-Powiedział Haymitch.
………………………………………
Do
celu szliśmy niemalże około godziny. Droga nam się dłużyła, a wszyscy byli
zmęczeni i głodni jak wilki. Niebo zrobiło się szare, a chmury pociemniały.
-No i
koniec pięknej pogody.-Powiedział Gale.
-Powiadamiam,
że przydał by się nam mały
postój.-Zaproponował Haymitch.
-Oj
tak. I znaleźć jakiś prowiant i coś do picia.-Odrzekła Joanna. I wszyscy skierowali się ku mnie i Gale.
-Co?-Pytam.
-No
przecież to wy jesteście wspaniałymi łucznikami.-Odrzekła Joanna. Miała wielkie
szczęście, że akurat obok nas był las.
-Dajcie
nam pięć minut.-Mówi Gale, a ja siadam obok niego. Nozdrzami wdychamy zapach
świeżego powietrza, który intensywnie nam się ulatnia. Chyba każdy z nas odczuł
teraz ulgę. Położyłam się na trawie tak
suchej jak zużyta ścierka. Czułam jak ciężar w moich nogach oddala się ode mnie
-Gotowa?-Zapytał
Gale.
-Tak.-Ruszyliśmy
w stronę lasu. Korony drzew otulały nas przed czymś złym . Ich kształt wyglądał
jak dach. Nagle coś zaszeleściło.
- Słyszysz to?-Zapytałam.
-Tak.
Choć, schowamy się za tamtym drzewem.
Szybko
pomknęliśmy w kierunku drzewa, które wskazał Gale. Ku naszym oczom ukazała się
prześliczna sarna. Chyba była to sarna gdyż nie miała tych typowych, jelenich
rogów. Aż szkoda , że musieliśmy w nią
strzelać . Zaraz! Przecież nie musieliśmy i od razu powstrzymałam Gal’a.
-Czekaj!-Krzyknęłam
po cichu gdy on przygotowywał strzałę .
-Co?-Pyta.
-Zostaw
tą sarnę, patrz w górę. – I ku naszym kierunku wzleciał orzeł. I to jaki. Gale
wycelował strzałem i puścił ją w stronę prawie już czarnego nieba. Orzeł upadł
na grunt, a sarna została spłoszona.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz