poniedziałek, 1 sierpnia 2016

7. Misja cz.2


-Katnis czekaj!-Usłyszałam za sobą czyjś głos. Dźwięki nagle ustały jakby ich nie było. Stanęłam przy jakiejś ogromnej dziurze, z której wylewała się brudna woda. Zatrzymałam się przy niej aby się skulić. Chciałam już przez nią przejść ale poczułam jakieś szarpnięcie. Odwróciłam się do moich towarzyszy. Patrzyli na mnie jakby mieli przed sobą jakąś, nienormalną kretynkę. Nie zwracając na ich miny ruszyłam przed siebie jednak nie czułam się komfortowo.

-Katniss, co się dzieje?-Zapytała mnie Annie. Minę miała zatroskaną.

-N-nic.-Przełknęłam przez ślinę. Chyba mi uwierzyła. Ruszyliśmy dalej nic nie mówiąc do siebie. Do naszych uszu docierał tylko plusk wody i nasze kroki. Plutarch cały czas trzyma holo w rękach. Nie mówiliśmy nic do siebie. Na szczęście Plutarch krzyknął:

-Patrzcie w górę!-Zawołał a nasze głowy skierowały się w sufit.

-Nic nie widać.-Odpowiedział Gale.

-Poświeć latarką to zobaczysz.

Gale wykonał rozkaz i ku naszym oczom ukazało się coś w kształcie dużego okręgu. Czyżby była jakaś nadzieja, że się wydostaniemy z pod rąk podziemia? A może to tylko wizja Plutarcha? Światło padało na okrąg, który oazał się być metalowy. Czyli jednak była nadzieja.

-Nie sądzicie, że jest to jakaś klapa?-Zapytała ruda.

-Możliwe.-Odparłam.-Gale widzisz jakąś drabinę?-Krzyknęłam w jego kierunku.

-Niestety nie. –Odparł.

-W takim razie trzeba będzie wyjść za pomocą liny.

Nikt nic nie odpowiedział tylko czekał na moją reakcję.  Zdjęłam czarny plecak z moich pleców i zaczęłam szukać w nim grubej liny. Otworzyłam największą komorę gdzie praktycznie było wszystko. Bidony, sznury, ciepłe koce , a nawet broń ale akurat ją trzymaliśmy przy sobie. Tak, więc wyjęłam gruby, ogromny sznur, który zaczęłam rozwiązywać. Gdy skończyłam spróbowałam rzucić koniec sznura na uchwyt klapy.

-Udało się!-Wykrzyknełam.  Złapałam sznur, a resztę przywiązałam do bioder i powoli wspinałam się ku powierzchni. Starałam się nie patrzyć w dół. Byłam już blisko ale dopingowałam siebie w myślach. ( Jeszcze trochę..już blisko…dalej Katniss.) Chwyciłam się za metalowy skrawek okręgu, który był strasznie nagrzany, a gdy położyłam na nim dłoń od razu odskoczyła.

-Au!-Krzyknełam.

-Co się stało?-Usłyszałam krzyk w dole.

-Nic takiego. Metal jest bardzo nagrzany, więc uważajcie jak będziecie się wspinać. –Odpowiadam i mocno chwytam się metalu. Czuję jak rozgrzany metal  ociepla moją dłoń. Jedną nogą chwytam się skały, a drugą metalu, mały unik i już jestem na powierzchni.

-Teraz wasza kolej!-Krzyczę w dół. Trzymam mocno sznur aby w razie czego asekurować przybyłego. Widzę jak zaczyna się poruszać tak, że powoli siadam na nagrzanej płycie. Ku moim oczom zauważam czyjąś dłoń. Powoli siadam na kolana i pomagam chwycić się intruzowi mojej dłoni. Ku moim oczom zauważam czarną czuprynę. Gale.

-Hej Kotna.-Mówi.

-Fajnie było tam na dole?-Pytam, a on jakby chciał mi zrobić na złość zadaje mi podobne pytanie.

-A tobie fajnie być na gurze?

-Wiesz, fajnie ale wolę chłód.

-Hej! Gołąbeczki!! –Usłyszałam jakiś głos. Był to Haymitch ze swoimi siwymi włosami. Zaraz…Czy on nie powiedział do na gołąbeczki? Podałam mu rękę i powoli go wyciągałam, a Gale wyjął pomocną dłoń. Za nim pojawiła się reszta naszej ekipy.

-Wszyscy na miejscu!-Krzyknęłam.

-Tak.-Powiedzieli chórem.

-No to w drogę do rezydencji prezydenta.-Powiedział Haymitch.

………………………………………

Do celu szliśmy niemalże około godziny. Droga nam się dłużyła, a wszyscy byli zmęczeni i głodni jak wilki. Niebo zrobiło się szare, a chmury pociemniały.

-No i koniec pięknej pogody.-Powiedział Gale.

-Powiadamiam, że przydał  by się nam mały postój.-Zaproponował Haymitch.

-Oj tak. I znaleźć jakiś prowiant i coś do picia.-Odrzekła Joanna.  I wszyscy skierowali się ku mnie i Gale.

-Co?-Pytam.

-No przecież to wy jesteście wspaniałymi łucznikami.-Odrzekła Joanna. Miała wielkie szczęście, że akurat obok nas był las.

-Dajcie nam pięć minut.-Mówi Gale, a ja siadam obok niego. Nozdrzami wdychamy zapach świeżego powietrza, który intensywnie nam się ulatnia. Chyba każdy z nas odczuł teraz ulgę. Położyłam się  na trawie tak suchej jak zużyta ścierka. Czułam jak ciężar w moich nogach oddala się ode mnie        

-Gotowa?-Zapytał Gale.

-Tak.-Ruszyliśmy w stronę lasu. Korony drzew otulały nas przed czymś złym . Ich kształt wyglądał jak dach. Nagle coś zaszeleściło.

-  Słyszysz to?-Zapytałam.

-Tak. Choć, schowamy się za tamtym drzewem.

Szybko pomknęliśmy w kierunku drzewa, które wskazał Gale. Ku naszym oczom ukazała się prześliczna sarna. Chyba była to sarna gdyż nie miała tych typowych, jelenich rogów.  Aż szkoda , że musieliśmy w nią strzelać . Zaraz! Przecież nie musieliśmy i od razu powstrzymałam Gal’a.

-Czekaj!-Krzyknęłam po cichu gdy on przygotowywał strzałę .

-Co?-Pyta.

-Zostaw tą sarnę, patrz w górę. – I ku naszym kierunku wzleciał orzeł. I to jaki. Gale wycelował strzałem i puścił ją w stronę prawie już czarnego nieba. Orzeł upadł na grunt, a sarna została spłoszona.

 


 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz