„ – A to dlaczego?-kontruje
Johanna -Jak na mój
gust to bardzo sprawiedliwe
rozwiązanie. Snow ma przecież wnuczkę. Jestem za.”
Dwa lata później.
Minęły
dwa lata, lata spokoju, ładu i sprawiedliwości. Co więcej dochodzę do siebie.
Zamiast robić łańcucha, który składa się z osób, które zginęły przeze mnie
układam nowy sznur, sieć z dobrymi uczynkami jakie mogły mnie spotkać podczas
tych wszystkich okropnych wydarzeń, cierpień. Dzięki temu odzyskuje siłę,
wracam do siebie.
Jest
piąta nad ranem, a moje oczy już odmawiają, aby były zamknięte. Dają znać, że
czas zacząć nowy dzień. Powoli zwlekam się z łóżka i nie kieruję się do
łazienki lecz na taras. Świeże, poranne powietrze odświeża mnie, a na mojej
twarzy pojawia się kolejny uśmiech. Przez te dwa lata mój charakter się
zmienił. Zapomniałam już o wszystkim , o cierpieniach, smutkach. Lecz nie
zapomniałam o nim, o chłopcu z chlebem. Te wspomnienie, które zdarzyło się
siedem lat temu nadal utkwiło mi w pamięci. Lał deszcz, a ja od ostatniego
wieczora czekałam na tego kto się zlituje i żuci mi coś do jedzenia. Ktoś w białej koszulce i pobrudzonych lukrem spodniach
wyszedł z piekarni z chlebem i na moich oczach go przypiekł. Jednak nie rzucił
go świniom na pożarcie, ale rzucił mi go w moim kierunku.
Usłyszałam
nagle szelest otwierających się drzwi. Myślałam, że to prezydent Snow powstał
za grobu, aby mnie dopaść. Jednak się myliłam. Za zielonej framugi drzwi
pojawiły się proste, czarne włosy, a następnie cała jej twarz.
-Johanna!
-Witam znowu ciemna
maso.-odrzekła, a ja się lekko uśmiechnęłam.-Już lepiej?-zapytała.
-Dochodzę powoli do
siebie.-odrzekłam.
-Przykro mi z powodu twojej
siostry. Straciłaś również Peetę.
Podsłuchałam, kiedy Plutarch rozmawiał z Haymitchem. Podobno szykuje się jakaś
kolejna misja.
-To nic takiego.
-Nic takiego?-Johanna zaśmiała
się i wybuchła śmiechem. Zawsze tak robiła jak rozmawiałyśmy razem.- Czyli
teraz kochasz Gale’a? Uśmiechnie się jak dowie się ode mnie.
-Kiedy zamierzasz wracać?
-Za cztery dni.
-Wiesz co porabiają inni? Gdzie
jest Gale?
-Gale
jest w drugim dystrykcie. Ponoć dobrze zarabia. A twoja mama jest w
ósemce. Chyba nie muszę ci mówić
dlaczego.-pokiwałam głową. Dobrze wiedziałam dlaczego mama została w ósmym
dystrykcie. Gdyby wróciła wraz ze mną do dwunastki nie dała by rady przeżyć
psychicznie. Parę lat temu straciła mojego ojca, a dwa lata temu Prim. Nadal ją widzę na palącej się pochodni.
Miałam ochotę zaśpiewać piosenkę, której nauczył mnie tata gdy miałam siedem
lat. Piosenkę Drzewa wisielców, ale nie
przy Johannie.
-Bym zapomniała.-zauważyłam jak jej prawa ręka
wyciąga coś z kieszeni jej szarej kurtki. To coś przypominało skrawek papieru
zapakowany w białą kopertę.
-Co to?-spytałam.
-List. Haymitch miał go ci dać osobiście, ale nie
mógł, więc ja ci go daję.-Odbieram list od Johanny i otwieram kopertę. Poznaje
te małe literki pisane czarnym atramentem, zapewne pisane piórem.
„
Droga Katniss!
Co
u ciebie, Skarbie? Masz już się dobrze czy nadal próbujesz brać śmiertelne
środki? W tym liście nie chcę się bawić
w pogaduszki przy herbatce. To było tylko do wstępu. Niestety Paylor nie żyje,
a jej władza dobiegła końca. Wraz z Plutarchem myślimy o tobie Katniss, abyś to
ty zapanowała nad Panem. Jeśli tego chcesz. Ale nie po koimy się również tym
,że coś zaczyna się dziać w Kapitolu, coś niebezpiecznego. Ostatnio pisano w
gazetach, że prezydent Snow miał siostrzeńca, to znaczy ma. Boimy się, że chce
przejąć władzę nad Panem. Mam nadzieję, że nie okażesz się roztropna i pojawisz
się w Kapitolu.
Haymitch.
„

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz